Czy jest spisek przeciwko Śląskowi?
Artur Brzozowski, Gazeta Wyborcza 19-03-2003,
PIŁKA NOŻNA. Czy kontrowersyjne decyzje sędziego prowadzącego pojedynek
Śląska Wrocław z Hetmanem Zamość były dziełem przypadku, czy też jednym z
elementów ogólnej zmowy przeciwko wrocławskiemu klubowi? W środowisku
piłkarskim krąży teoria, że spisek przeciwko Śląskowi to fakt, a jego
efektem ma być degradacja drużyny do III ligi. Kto i dlaczego zamierza
ukarać klub z Oporowskiej?
Przypomnijmy, że podczas meczu Śląska z Hetmanem arbiter ukarał
wrocławskiego piłkarza Piotra Jawnego czerwoną kartką, przeciwko Śląskowi
podyktował problematyczny rzut karny, a nie uczynił tego później przeciwko
drużynie gości. Oprócz tego arbiter mógł ukarać czerwoną kartką bramkarza
Hetmana za faul na Robercie Szczocie, ale tego nie zrobił.
Sugestie, że przeciwko Śląskowi zawiązano spisek, którego efektem ma być
zdegradowanie zespołu do III ligi, pojawiły się we wtorkowym "Przeglądzie
Sportowym". Anonimowy rozmówca "PS" twierdzi, że istnieje kilka klubów,
którym zależy na tym, aby Śląsk spadł. Degradacja wrocławskiego klubu ma być
karą "za brak lojalności z ich strony przed trzema laty, kiedy wywalczyli
awans do ekstraklasy".
Wnioski sugerujące, że istnieje zmowa przeciwko Śląskowi, są bardzo
prawdopodobne. Kłopot w tym, że w całości nie oddają istoty problemu.
Pojedynki z podpórką
Komu i dlaczego może zależeć na tym, aby Śląsk został zdegradowany? Czy
tylko kilku klubom chcącym pozbyć się jednego rywala? I na czym miałaby
polegać owa "nielojalność" wrocławskiego zespołu? Aby wyjaśnić wszelkie
wątpliwości i zagadki, trzeba cofnąć się do sezonu 1999/2000, kiedy to Śląsk
awansował do ekstraklasy.
W tych rozgrywkach walka o awans do I ligi prowadzona była między czterema
klubami - Śląskiem, GKS-em Katowice, Górnikiem Łęczna i GKS-em Bełchatów.
Awansować mogły tylko dwa kluby, dlatego rywalizacja była niesłychanie
zażarta i co oczywiste - wykraczała poza wydarzenia boiskowe. Po 31. rundzie
spotkań, gdy Śląsk przegrał 0:1 w Łęcznej z Górnikiem, sytuacja wrocławian
wydawała się beznadziejna. Śląsk zajmował 4. miejsce w tabeli i do
prowadzącej Łęcznej miał aż 9 punktów straty, a do drugiego Bełchatowa - 7
punktów.
I od tego momentu w II lidze zaczęły się dziać nieprawdopodobne rzeczy -
Śląsk wygrywał mecz za meczem, a właśnie Bełchatów i Łęczna co pewien czas
gubiły ważne punkty. W piłce nikt nie może utrzymać równej, doskonałej
dyspozycji przez całą rundę i słabsze wyniki czołowych zespołów zawsze można
wytłumaczyć obniżką formy. Jednak były też inne przyczyny tej sytuacji. W
tym czasie w Śląsku oddelegowano do zadań specjalnych dwóch działaczy,
których zadaniem było doprowadzenie do tego, aby dystans punktowy Śląska do
Łęcznej i Bełchatowa zmniejszył się jak najszybciej. W praktyce wyglądało to
tak, że prawie wszystkie zespoły mające grać z Łęczną i Bełchatowem miały
obiecane od Śląska specjalne premie pieniężne za urwanie punktów tym klubom.
I urywały.
Na kilka kolejek przed końcem sezonu w arcyważnym meczu Śląsk wygrał na
własnym stadionie 3:2 z Bełchatowem i zdystansował jednego rywala. Wkrótce
potem wrocławianie zawarli nieformalny sojusz z działaczami GKS-u Katowice.
Zgodnie z ustaleniami do ligi awansować miał właśnie Śląsk i Katowice. I tak
właśnie się stało.
Dopiero po pewnym czasie w środowisku piłkarskim zaczęły pojawiać się
informacje, że działacze Śląska nie wywiązali się z finansowych zobowiązań
wobec zawodników niektórych klubów. O wszystkim informowali gracze drużyn,
które urywały punkty rywalom Śląska i miały za to otrzymać dodatkowe premie.
A tak się nie działo. Rozmawiałem z jednym z takich zawodników, który
potwierdził, że nigdy nie dostał obiecanych mu przez wrocławskich działaczy
pieniędzy za pojedynek, w którym jego zespół zremisował z Górnikiem Łęczna.
Później w podobny sposób wypowiadali się zawodnicy Śląska, którym w tej
samej sprawie skarżyli się ich koledzy z kilku drugoligowych klubów.
W środowisku piłkarskim pewne kwestie są tematem tabu. Oficjalnie nikt nie
chce wypowiadać się o takich wydarzeniach, ale jeśli piłkarzom zagwarantuje
się anonimowość, wówczas są w stanie zdradzić pewne tajemnice. Tak też było
w tym wypadku. Czy mając wiedzę o tym, co wydarzyło się prawie trzy lata
temu na boiskach II ligi, można przyjąć teorię, że dziś nadszedł czas
rewanżu i za "nielojalność" Śląsk zostanie ukarany? W tym sezonie gra osiem
klubów - oprócz Śląska - które trzy lata temu również rywalizowały w II
lidze - Łęczna, Bełchatów, Polar, Stal Stalowa Wola, Radomsko, Ceramika,
Hetman i Świt. Teoria, że właśnie te zespoły lub część z nich zawiązały
spisek przeciwko Śląskowi, wydaje mi się mało prawdopodobna. Choćby z tego
względu, że tak naprawdę każdy pilnować będzie swoich interesów. A
zawiązywanie dość egzotycznych spisków akurat przeciwko Śląskowi jest
nierealne.
O wiele bardziej prawdopodobna jest teoria, że wśród drugoligowych
zawodników rozpowszechniono informację, że Śląsk jest klubem niewiarygodnym,
gdyż nie wywiązuje się z wcześniejszych zobowiązań. I w potrzebie nikt nie
będzie chciał im pomóc. Ale z takiego powodu nie spada się do III ligi,
będąc piłkarsko zdecydowanie lepszym od wielu innych zespołów.
Trzy kolory: czarny
Tajemnica ewentualnego spisku przeciwko wrocławskiemu klubowi ma chyba
zupełnie inne korzenie. Już od pewnego czasu osoby związane z naszym
futbolem podkreślają, że Śląsk może mieć kłopoty, ale przede wszystkim z
sędziami. Według opinii dobrze zorientowanych arbitrzy nie będą
sprzymierzeńcami tego zespołu. Pewne fakty wydają się potwierdzać takie
założenia. W rundzie jesiennej wrocławska ekipa miała ogromne pretensje do
sędziów prowadzących pojedynki Śląska w Gdyni przeciwko Arce i we Wrocławiu
w meczu z Górnikiem Łęczna. Po spotkaniu z Arką trener Marian Putyra
wyjątkowo ostro skrytykował arbitra i zarzucił mu tendencyjne prowadzenie
zawodów. Z kolei po meczu z Łęczną nie powiedział już nic kontrowersyjnego,
zdając sobie sprawę, że krytykując sędziów, może tylko pogorszyć sytuację
swojego klubu. Inauguracja rundy rewanżowej potwierdziła tylko teorię, że z
sędziami Śląsk może mieć problemy.
W tym wszystkim najciekawsze wydaje się poszukiwanie odpowiedzi na pytanie -
dlaczego tak się dzieje? Według naszych rozmówców problemy Śląska zaczęły
się w sezonie 2000/2001 - wtedy, gdy zespół grał w I lidze. I z tego okresu
pochodzą klubowe zaległości finansowe właśnie wobec niektórych arbitrów. Nie
jest tajemnicą, że polskie kluby w różnych sytuacjach zabiegają o
przychylność sędziów i Śląsk czynił podobnie. Ale później nie zawsze
wywiązywał się ze składanych wcześniej obietnic. Oczywiście oficjalnie nikt
takiej teorii nie potwierdzi, gdyż w tym środowisku obowiązuje niepisana
zmowa milczenia. Jeśli jednak jakiś klub ma dług w stosunku do sędziów, to
oni "solidarnie" nie podarują takiego zaniechania. I nie ma znaczenia fakt,
że dziś Śląsk występuje w II lidze, a zobowiązania dotyczą arbitrów z
ekstraklasy. Takie informacje są w środowisku dokładnie przekazywane i przed
ich konsekwencjami raczej się nie ucieknie.
I żeby nie było niejasności - nie wszyscy arbitrzy są wrogami Śląska. Byli i
tacy, którzy lubili prowadzić mecze wrocławskiego zespołu. Jeden z nich w
nagrodę za korzystne sędziowanie wyjechał kiedyś ze Śląskiem na
dwutygodniowe zgrupowanie do Turcji i mieszkał z ekipą w jednym hotelu. Było
to na początku 2001 roku, gdy drużyna przygotowywała się do rundy rewanżowej
w ekstraklasie. Sędzia ten nadal prowadzi pojedynki w I lidze.
Na razie symptomatyczny jest fakt, że o spisku przeciwko Śląskowi informują
media, a sami zainteresowani milczą. Pewnie na Oporowskiej dobrze zdają
sobie sprawę, że w całej tej historii Śląsk nie jest bez winy i żadne
nerwowe ruchy niczego nie zmienią. Wręcz przeciwnie - mogą tylko pogorszyć i
tak skomplikowaną sytuację.
http://www1.gazeta.pl/wroclaw/1,35760,1380855.html